#2137414 03.07.2015 23:43:55
Jak w opisach. Tutaj wrzucajmy to co nam się o obojgu śniło. Teraz, dawniej. Wrzucajmy swoje sny, komentarze na temat snów i marzeń.... A ja znów zacznę. A zacznę tak...
Wszystko zaczęło się gdy dowiedziałam się o przyjeździe Roxette na koncert do Warszawy. Postanowiłam, że tej okazji nie przepuszczę. Aż skóra cierpła za każdym razem gdy tylko pomyślałam jak mogłabym sobie wyrzucać i obwiniać się gdybym zdała sobie sprawę, że przeszła mi koło nosa j e d y n a szansa na to by ich spotkać. Jedyne co przyjęłabym z tego natłoku myśli i przypuszczeń to wiadomość, że skończyli działalność. W końcu ta wiadomość zostałaby podana do wiadomości publicznej przez jakieś oficjalne fankluby czy wreszcie – oficjalną stronę Roxette. Byłoby mi smutno, owszem ale z tym łatwiej byłoby mi się pogodzić. W końcu jest jedna i przerażająco wielka rzecz, która to usprawiedliwia a o której nie chcę wspominać. Wiecie o czym mówię. Ale – wracajmy do sedna sprawy, nie będę was tu tym smęceniem zanudzać. Gdy tylko dowiedziałam się o koncercie, dokładniej gdy poznałam pewne, potwierdzone dane na temat daty, miejsca koncertu, ceny biletów nań – zaczęłam zbierać pieniądze i szukać kogoś, kto chciałby pojechać ze mną. Brałam oczywiście pod uwagę, że pewnie skończy się na tym, że będę sama ale – nie przejmowałam się tym, liczyła się dobra zabawa.(ja tymczasem ostatecznie pojechałam sama mimo sprzeciwów rodziców; nie obchodziły mnie one)Wreszcie – udało się i kupiłam bilet. Gdy odebrałam przesyłkę, dokładniej gdy ją otwierałam będąc sama w pokoju (w pokoju tak lecz nie w domu) – dłonie aż drżały mi ze szczęścia, musiałam stłumić okrzyk radości do rozsądnych „rozmiarów”. Gdyby nie to – wydarłabym się ma całe gardło. Przez całą noc przed koncertem nie spałam. Nie tylko dlatego, że byłam w drodze ale – zwyczajnie, z emocji. Nie obchodziło mnie, że następnego ranka będę wyglądać jak zombie. W końcu miałam gdzie i czym się odświeżyć więc nie obawiałam się, bo nie było czym. Udało mi się (nie wiem jakim cudem) dojechać wcześnie a co najlepsze – dostać się do grupy fanów, którzy zebrali się na lotnisku przed bramką, którą wyjść miał zespół, by tam na nich czekać. Skąd oni to wiedzieli – pojęcia nie mam zielonego. No i – czekanie opłaciło się choć było długie, nie powiem. Długie ale owocne w nowe znajomości. Kilkakrotnie zdarzało się, że kolana ze zmęczenia lekko się pode mną uginały ale to nie były omdlenia, bo albo chwytałam się mocno poręczy albo ktoś mi pomagał. Ja miałam szczęście lecz sprawy nie zdawałam sobie – ani ja ani nikt z nas – że wśród tej grupy znajdą czy raczej znajdują się osobniki nieczułe na problemy innych… I wreszcie – wyszli. W tym momencie ze szczęścia i niedowierzania, że jestem w tej grupie, że mam ich tak blisko – zamurowało mnie. Na krótką co prawda chwilę ale jednak. Żeby się otrząsnąć – pomyślałam: „Oprzytomnij do licha, bo zwieje ci sprzed nosa jedyna szansa by poprosić ich o autografy. Potem może już takiej nie być”. Tą myślą wymierzyłam sobie otrzeźwiającego policzka. Myślą a nie fizycznie oczywiście. To wyglądałoby przecież głupio. Wreszcie – przepchnęłam się do Marie by ją jako pierwszą poprosić o autograf i zdjęcie. Miałam oczywiście na to taktykę i gdyby się jednak nie zgodziła – zrozumiałabym, nie napierała. Nie miałabym śmiałości by tak się zachować. Potem planowałam poprosić o to samo Pera i tu też brałam pod uwagę rozczarowanie lecz z innego zupełnie powodu. Konkretnie tego, że Per najzwyczajniej odejdzie, nie reagując lub – ja nie zdążę go dopędzić. Ale – nie zdawałam sobie sprawy nawet jak wszystko się potoczy, czym zaowocuje…
- Czy mogę… prosić o autograf a potem… wspólne zdjęcie…? – poprosiłam z niewyobrażalną tremą. Ledwie udało mi się ją opanować.
- Oczywiście – zgodziła się Marie – Jak masz na imię? – spytała. Nawet nie marzyłam o podpisie z dedykacją ale skoro nadarza się szansa…
- Kasia – przedstawiłam się. Sucho miałam wtedy w ustach jak diabli a serce tłukło mi się jak zwariowane. Całą rozmowę prowadziłyśmy po angielsku. Skupiałam się by mówić spokojnie ale wyraźnie i płynnie. Spokojnie ale też nie za wolno, bo wtedy Marie poczułaby się urażona, pomyślała, że traktuję ją jak kogoś dziwnego. Nic z tych rzeczy, o nie. Chciałam by czuła, że traktuję ją jak równą sobie. Wszyscy czy raczej prawie wszyscy (nie liczę osobników, którzy już od dawna przeszkadzali innym, traktowali wszystko ignorancko) byli w szoku, widząc spokój z jakim rozmawiam z Marie, to że mimo krótkiej rozmowy i spotkania z fanami jakich odbyła mnóstwo – między nami buduje się jednak coś innego, wyjątkowego. Co do rozmowy – jak wspomniałam – prowadzona była po angielsku i jedyne czego w tamtym momencie żałowałam – i to jak cholera - to, że nie znam prawie ani słowa po szwedzku. Znam tylko kilka prostych słówek, z których można by ułożyć tylko proste kombinacje a co do porozumiewania się – leżało to u mnie, teoretycznie i praktycznie – nie istniało. Tym bardziej mi było tego szkoda, że nie dość, że zdawałam sobie świetnie sprawę z tego, że Marie łatwiej jest porozumiewać się po szwedzku to jeszcze – zrobiłabym tym przyjemność im obojgu lub choćby tylko jej. I to wielką. Zamierzałam to nadrobić gdybym spotkała Pera. Użyłam takich słów, bo nawet nie wiedziałam, że uda mi się go spotkać i to nie tylko na scenie… Gdy dostałam autograf (wybrałam do tego płytę „Joyride” a to przez sentyment do niej; rocznik z którego pochodzi, hitowe single… sporo się tego zebrało) delikatnie przypomniałam się o zdjęciu, spytałam czy nadal chce je sobie ze mną zrobić (brałam pod uwagę, że może zmienić zdanie, rozmyślić się) ona oczywiście się zgodziła, ustawiłyśmy się do niego a gdy to robiłyśmy, znów mając cholerną tremę – spytałam:
- Czy w trakcie robienia zdjęcia mogę… mogę cię podtrzymać…? Oczywiście dyskretnie… I czy zgodziłabyś się na dwa zdjęcia…? Tylko dla zwyczajnej pewności. Później już odejdę, będziesz mogła zająć się innymi fanami. Zresztą – i tak za bardzo już nadwerężyłam twój czas… - gdy pytałam – przy formie osobowej, przy jej dobrym doborze zadrżał mi głos, za co chwilę potem zbeształam się w myślach. Nie to było jednak najgorsze. Najgorzej czułam się namawiając Marie na dwa zdjęcia. „Mogłam od razu zaznaczyć – delikatnie oczywiście – że co do zdjęć proszę o zwyczajowe dwa <<strzały>> migawki” – myślałam. Tymczasem…
- Nie ma problemu. Zwykle i tak fani robią sobie z nami dwa zdjęcia, o zgodę nie pytając. Ale miło, że ty to zrobiłaś. A co do podtrzymania… - serce zamarło mi na ułamek sekundy; „Nie zgodzi się, wszystko przepadło” – myślałam – Tak, ale proszę, zrób to dyskretnie… - gdy się zgadzała, z serca spadł mi olbrzymi kamień i miałam wrażenie jakby z głuchym hukiem rozbijał się o ziemię. W jej końcowych słowach dało się słyszeć nawet leciutki nacisk, jakby zależało jej na tym i to z oczywistych (dla fanów) powodów. Przełykając ślinę, myślałam: „Zrobię wszystko co się da byś była bezpieczna”. No i – zdjęcia zostały zrobione. Ja w ich trakcie podtrzymywałam Marie, jak prosiła. Ręka, którą wsunęłam pod jej ramię nie była widoczna na pierwszy rzut oka. Dopiero ktoś kto przyjrzałby się bliżej – dostrzegłby koniuszki moich palców. Mimo tego wszystkiego – moja idolka dostała ode mnie bezpieczeństwo i pewność, o które prosiła.
- Dziękuję. Za wszystko – gdy dziękowałam – głos drżał mi a w oczach miałam łzy. By się rozpłakać – brakowało mi niewiele i nie powstrzymałam niestety łez. Marie natomiast na moje podziękowanie odpowiedziała spojrzeniem i uśmiechem. Mówiły one: „Nie ma za co. A łzy zachowaj na koncert, przydadzą ci się raczej tam”. „Niech to szlag – pomyślałam, odbierając od koleżanki aparat – nie chciałam, żeby zobaczyła moje łzy…”. Byłam o to na siebie – nie wiedząc czemu – cholernie wręcz wściekła. Tymczasem nadal śledziliśmy zespół, jak długo tylko mogliśmy. Aż nagle… dostrzegłam, że Marie prawie upada a co najdziwniejsze – nie zdążył też zareagować ochroniarz, czy raczej tour – manager, który zwykle z nią jest, zwykle prowadzi ją w tym tłumie. To jedno zdziwiło mnie na, ułamek sekundy dosłownie zastanowiło. Nikt z grupy nie reagował więc niewiele myśląc – przedzieram się przez bramkę i ignorując krzyk strażnika i wycie alarmu dobiegam do niej dosłownie w ostatniej chwili, wręcz wślizguję się na kolanach (w szybko przelatujących myślach dziękowałam Temu na górze, że mam na sobie śliskie leginsy; w końcu chciałam wyglądać jak Marie, wreszcie nadarzyła się prawdziwa taka okazja a nie tylko prowokowane jak dyskoteki czy po prostu moja ochota na to, którą chciałam zaspokoić) i łapiąc ją odpowiednim chwytem (pojęcia nie miałam, że robię to właściwie, że ręce układają się tak jak powinny; robiłam to na pierwszy rzut oka jak robot choć naprawdę – kierowana podpowiedziami przeraźliwie łomocącego serca) tym samym chroniąc ją przed upadkiem, który – o zgrozo! – gdybym nie zdążyła – byłby upadkiem na plecy, który mógłby się dla niej skończyć tak, że lepiej o tym ani nie myśleć ani tym bardziej tu pisać.
- Nie! – krzyknęłam w momencie gdy byłam blisko niej, gdy lądowała na moich rękach. Sprawy sobie nie zdawałam, że równocześnie ze mną te same słowa czy raczej słowo wykrzyknął też Per. On jednak zatrzymał się dosłownie o kilka może kilkanaście metrów od nas. Biegł do niej, owszem (w końcu na hali lotniska krzyk niesie się jednak trochę bardziej niż na wypełnionej fanami hali a i dzieląca ich odległość była większa; gdy podobny wypadek zdarza się na scenie – Per owszem, ma wszystko na oku ale wie, że Marie zajmą się techniczni lub Dea i stara się nie przestawać grać czego z czasem mimo, że wypadków takich nie jest jednak wiele na szczęście – nauczył się; tu jednak wszystko wyglądało inaczej) lecz nagle zamurowało go. W momencie gdy krzyczałam – miałam wrażenie jakby krzyk dochodził z oddali i był odbity, jakby echem. Nie zdawałam sobie sprawy, że to Per, w końcu sądziłam, że to moje echo. Tymczasem gdy Marie wylądowała na moich rękach, gdy poczułam na nich jej ciężar, który wydał mi się lekki jak piórko (zresztą i tak wszystko widziałam jak w zwolnionym tempie) palce na wpół świadomie, na wpół nie zacisnęły mi się w jej talii i okolicach żeber a nawet prawie ramienia (lewą rękę podciągnęłam jak najwyżej się dało, tak by miała oparcie dla kręgosłupa, przynajmniej takiej części jaką tylko zdołam nim objąć) a prawą ułożyłam tak by miała podparcie dla lędźwi. Wtedy też – nadal machinalnie – przytuliłam ją do siebie najmocniej jak tylko dałam radę. Wtedy naprawdę czułam, że jest bezpieczna, naprawdę mogłam odetchnąć. Chwila minąć musiała nim wreszcie wróciłam do rzeczywistości. Gdy wreszcie tak się stało – spytałam speszona, zwalniając uścisk lecz jeszcze nadal trzymając ją na rękach:
- Wszystko dobrze…? Jak się… czujesz?
- Bez obaw, jest dobrze, dziękuję. Gdyby nie ty – nie wiem jak by się to skończyło – usłyszałam.
- Tylko jak się teraz stąd podniesiemy? – spytałam, obrzucając wszystko wkoło przerażonym dość mocno spojrzeniem. (Per w tym czasie mówił o wszystkim managerce, prosząc by przekazała to reszcie i nie zdołał nas dostrzec mimo, że wytężał wzrok naprawdę mocno; jak na złość akurat wtedy wlewała się tą bramką bodaj jakaś wycieczka i wszyscy tylko nas omijali, spiesząc się)
- Spokojnie, mam pomysł. Na tyłkach musimy dostać się tam – w tym momencie powiodłam za jej wzrokiem, którym wskazała mi ścianę – potem oprę się o nią a ty pomożesz mi wstać – dokończyła. Ja skinęłam na to głową. Gdy się tam dostawałyśmy – czułam na sobie spojrzenia innych, było mi głupio. Byłam pod wrażeniem, że Marie – mimo, że przyglądają się dziwnie i jej – nie reaguje.
- Jestem w szoku – mówiłam szeptem – Nie potrafię tak… Gdy mam atak padaczki – jest tym gorzej, że nie jestem w stanie by w jego trakcie cokolwiek powiedzieć. A kilka razy zdarzało się, że miałam go w miejscach publicznych. Nigdy na ulicy ale miejsca publiczne to i tak wstyd… Co zrobimy teraz? – spytałam gdy dotarłyśmy tam gdzie miałyśmy.
- Teraz oprę się o ścianę, podam ci rękę a ty pomożesz mi wstać – usłyszałam – A co do tego wszystkiego – zarówno twojego zachowania gdy upadałam jak i tego co mi powiedziałaś. Gdy upadałam – zachowałaś się dokładnie tak samo jak Per.
- Poważnie?! – nie zdołałam się powstrzymać.
- Tak. Gdy upadając machinalnie zamknęłam oczy – wydawało mi się, że łapie mnie właśnie on. Do ostatniej chwili tak było. Układ rąk a z tego też wynika, że i ruchy. Tego się domyślałam jedynie. Wszystko zmieniło się gdy poczułam sylwetkę, zapach perfum. Wtedy zdałam sobie sprawę, że jest inaczej. Dziękuję ci jeszcze raz.
Gdy już stałyśmy, oparte o ścianę i dochodziłyśmy w pełni do siebie, oddychając głęboko – podszedł do nas Per i jego głos – mimo, że miękki i nadal drżący strachem – dość gwałtownie ściągnął nas a przynajmniej mnie na ziemię. Widząc go przed sobą najpierw zdębiałam po chwili spuszczając zawstydzony wzrok w dół. Usłyszałam wtedy:
- Jedyne co mogę powiedzieć to… dziękuję. Gdyby nie twoja reakcja… - urywając, pokręcił tylko głową – Muszę jakoś ci się odwdzięczyć. Tylko jak…? – zastanowił się. Mówiąc – przytulił nas obie do siebie i kolana aż się pode mną – kolejny raz – ugięły. Szczególnie gdy poczułam jego perfumy, tą słynną Pradę… Mimo, że serce znów zaczęło mi łomotać – starałam się odpowiedzieć na jego objęcie. Nie nachalnie lecz jednak odpowiedzieć.
- Wystarczyłby autograf i… zdjęcie – wyszeptałam z przejęciem.
- To za mało – usłyszałam.
- Mnie jednak wystarczy tylko to… - zostawałam przy swoim mimo, że mój szept był nadal nieśmiały. Marie tymczasem nie mówiła nic. Za to patrzyła na Pera spojrzeniem, które pytało: „Skoro wystarczy jej tylko to, to może…?”
- Uratowała ci życie, zasługuje na więcej i to o wiele – Per odpowiedział spokojnie ale i na tyle stanowczo, że Marie poddała się.
- Wiem nawet jak to zrobić – Per wreszcie wpadł na pomysł jak mi to wynagrodzić – Dostaniesz podpis i zdjęcie ale prócz tego na koncercie masz miejsce w pierwszym rzędzie a potem, po koncercie będziesz mogła spędzić z nami na backstage’u godzinę. Zebrać autografy pozostałych, porozmawiać…
- To za wiele… - szepnęłam, rumieniąc się; policzki aż mi płonęły.
- Ja jednak sądzę inaczej – usłyszałam, po czym podobnie jak Marie wcześniej – uznałam, że lepiej się poddać. Gdy się pożegnaliśmy i wróciłam do pozostałych – już byłam rozemocjonowana a to przecież jeszcze nie wszystko… I wreszcie – weszłam z innymi na halę, zaczął się koncert. Jak ostrzegała Marie – na koncercie wylałam furę łez. (Ostrzeżenie potrzebne nie byo, zresztą - niektórzy z was widzieli moje reakcje...) Niekiedy nie pozwalały mi one zabawę, robienie zdjęć. Gdy wszystko się skończyło – zapominając o obietnicy złożonej przez Pera, nadal biorąc ją za nierealną, niemożliwą do spełnienia – skierowałam się podobnie jak i inni do wyjścia. W porę jednak dostrzegł mnie jeden z technicznych (widocznie w porę został ostrzeżony, że wychodzę czy nawet wcześniej po prostu powiedziano mu o wszystkim. Przepychając się do mnie i łapiąc za ramię, co mnie wystraszyło, powiedział:
- Chodź ze mną.
- Ale… Chcę wyjść… - byłam wystraszona.
- Spokojnie, jestem technicznym, mam na imię Micke, mam zaprowadzić cię na backstage, wiem o wszystkim co stało się przed koncertem i nie dziwię się, że chcą ci się odwdzięczyć.
- No dobrze, poddaję się… - szepnęłam, oddychając z ulgą. W końcu jednak mogłam choć trochę komuś zaufać, sprawić, by czujność trochę odpoczęła. Mimowolnie nadal jednak byłam czujna.
- No i jesteśmy – uśmiechnął się a mnie zakręciło się w głowie ze zmęczenia i emocji i tym razem to ja musiałam być złapana. Na szczęście Micke nie zdołał jeszcze odsunąć się zbyt daleko więc – on to zrobił.
- Usiądź tutaj – powiedział, podsuwając krzesło pod okno, prowadząc mnie tam i pomagając usiąść – Za chwilę powinnaś poczuć się lepiej. Zaraz też pójdę po Marie i Pera – powiedział.
- Zaczekajmy, dajmy im odsapnąć, szczególnie Marie… nie chcę żeby tak mnie zobaczyli… - powiedziałam, zatrzymując go.
- Dobrze ale pamiętaj, że mace jednak niewiele czasu. Co prawda to godzina ale…
- No tak… - w tym momencie zdałam sobie sprawę z sensu jego słów. Tymczasem chwilę potem przyszli do nas Marie i Per.
- Już miałem po was iść… - mruknął techniczny.
- Spokojnie, my też wiemy o tym. Przecież sam obiecując jej to – wspomniałem właśnie o godzinie – odezwał się wokalista, nie wiedząc nawet, że stanie się coś takiego co sprawi, że spędzę z nimi sporo więcej czasu niż na to przeznaczymy…
- Dobrze… - mruknął na to Micke, cichaczem się wycofując. Tymczasem ja gdy doszłam do siebie w pełni – zebrałam autografy innych, zrobiłam sobie ze wszystkimi zdjęcia, zamieniłam po kilka zdań i – wróciłam do Marie i Pera. Głównie rozmawialiśmy o tym co działo się na koncercie, dzieliłam się z nimi swoimi emocjami, podsuwałam pomysły jak jeszcze można koncerty uatrakcyjnić. Mówiłam czego mi w nich brakuje, zarówno jeśli idzie o efekty jak i piosenki. Rozumiałam dlaczego nie ma „Church of your heart” i tylko to powiedziałam, nie pytając dlaczego a tylko wspierająco patrząc na Pera.
- Wiedziałem, że to zrozumiesz, dziękuję – szepnął, biorąc mnie za rękę.
- Byłabym chyba głupia, nie rozumiejąc, nie szanując tego. Co prawda nie przytrafiło mi się to jeszcze ale… - mówiliśmy hasłowo, nie padło słowo, którego tak baliśmy się wszyscy troje. Rozmawialiśmy tak sobie gdy nagle…
- Och nie, tylko nie teraz… nie… - szeptałam czując, że zbliża się atak padaczki. (O ile wcześniej rozmawialiśmy oczywiście po angielsku tak te słowa wyszeptałam do siebie po polsku).Choć próbowałam uspokoić „aurę” oddechem co czasem mi się udawało, teraz – niestety – miałam pecha choć próbowałam niemal do ostatniej chwili. Gdy „aura” powoli zaczęła przechodzić w kolejny etap ataku – zaczęłam zsuwać się z krzesła i układać na boku.
- Co się dzieje? – spytał Per, choć chwilę potem zbeształ się za to pytanie w myślach. Od razu niemal domyślił się przecież, że to atak padaczki.
- To… - zdążyłam wykrztusić z siebie tylko to jedno słówko czy raczej kombinację, bo zmusiłam mózg, głos i usta by odezwać się po angielsku choć pewnie z ruchu moich warg Per odczytałby je nawet gdybym jednak odezwała się po polsku; w końcu i on zna jakieś słowa w naszym języku, podobnie jak ja po szwedzku. Zdążyłam zdobyć się tylko na to, bo atak rozkręcił się na dobre.
- Zróbcie najwięcej miejsca jak się da, niech ktoś podłoży jej pod głowę cokolwiek miękkiego, choćby bluzę zwiniętą w kłębek! – wołał Per, przyklękając przy mnie i chwytając za wyciągniętą przeze mnie w odruchu dłoń. Ten ruch i potrzebę bliskości kogoś mam w sobie od początku choroby. Szczególnie potrzebę, bo ruch nie jest przeze mnie już w pełni kontrolowany.
- Spokojnie, jestem przy tobie, spokojnie… - powtarzał, czujnie mi się przyglądając i wolną ręką gładząc mnie po włosach, przy okazji odgarniając te, które – mimo tego, że długie nie wiadomo jak nie były – spadały mi na twarz, w okolice ust. „Kiedy to się wreszcie skończy…” – myślałam. Per, owszem był wystraszony ale mimo to – zachował się naprawdę profesjonalnie, chyba nawet lepiej niż wiele innych pomagających mi w takich jak ten momentach osób. Gdy wreszcie wszystko się skończyło i niewyobrażalnie zmęczona rozluźniłam mięśnie i nieświadomie choć o kilka centymetrów uniesione nad podłogę kończyny (nie wszystkie oczywiście) opadły na nią – mogłam wreszcie wypuścić powietrze, które – oczywiście mimowolnie – nabierałam sporo szybciej.
- Podajcie mi koc z torby, musimy czymś ją okryć – poprosił Per, nie zostawiając mnie a tylko powoli zwalniając uścisk ręki. Gdy to poczułam – przerażona otworzyłam oczy, szukając wzrokiem Pera a przy tym spoglądając przepraszająco i ze strachem na Marie. Tymczasem osoba, która spełniła prośbę – o ile pamiętam – Dea – zadziałała zapobiegawczo, przynosząc nie tylko koc a całą torbę.
- Nie odejdę stąd, spokojnie… - usłyszałam, czując na sobie miękkość koca. Gdy poprawiłam go lekko i wciągnęłam w nozdrza zapach – uśmiechnęłam się, bo mój zmęczony mózg zaczynał orientować się, że ten zapach to w przewadze zapach kobiecych perfum. Tych, których używa Marie. Choć też – znajdował się tam zapach Prady. W tej chwili nie chciałam już go męczyć. Gdy Per wrócił do mnie – pokazałam gest znaczący, że potrzebuję czegoś do pisania. Po otrzymaniu notatnika napisałam wyjątkowo powoli: „Chcę teraz odpocząć. Odpocząć ale nie zasypiać”. Słowo „zasypiać” zostało przeze mnie podkreślone i to dwa razy. Linia co prawda była drżąca lecz na cale szczęście nie wchodziła na tekst. Tym chciałam zaakcentować prośbę. Pisałam oczywiście po polsku, nie zdołałam pisać w języku angielskim. „Skąd ja to znam…” – pomyślał Per, przyglądając się temu jak piszę. Gdy skończyłam – podałam mu notatnik.
- Czy ktoś mógłby to przetłumaczyć? – spytał Per, obrzucając notatkę spojrzeniem. Zrobiła to jakaś fanka.
- Odpoczynek jest ci potrzebny.
- Ale nie sen – odpowiedziałam znów pisząc.
- Na razie przeniosę cię na kanapę, dopóki czegoś nie wymyślę. Potem – posłuchaj mnie już proszę – powiedział Per. Zanim to zrobił spytał czy rozumiem go (pytanie zadał oczywiście po angielsku) na co skinęłam twierdząco głową. „Rozmawialiśmy” tak chwilę we czwórkę, (ja pisałam, zaznaczając przy tym do kogo się zwracam, ktoś tłumaczył to co napisałam na angielski a potem dostawałam odpowiedź) po czym wreszcie powiedział:
- Zostajemy na noc tutaj, spędzisz ją w tym hotelu co my. Zajmę się tym.
- Ale… - to krótkie słówko zdołałam z siebie wydusić i to po angielsku. Chwilę się tak opierałam aż wreszcie – poddałam się. Gdy przenieśliśmy się do hotelu – miałam pokój pomiędzy pokojami Marie i Pera. Zasnęłam wyjątkowo szybko a noc wydała mi się chwilą tylko. Gdy przyszło do pożegnania – nie zdołałam wyrazić wdzięczności za pomoc. W prezencie dostałam sporych rozmiarów pudełko a w nim płyty, zdjęcia, książki, plecsy Pera a nawet – list, w którym dostałam zaproszenie do nich i zaznaczenie, że mogę przyjeżdżać też częściej lecz za każdym razem muszę dać im o tym znać by mogli wtedy oboje spotkać się ze mną… Sporo tego było naprawdę. Gdy przeczytałam liścik – serce łomotało mi jak zwariowane, płakałam ze szczęścia.
Gdy obudziłam się następnego ranka – straszliwie żałowałam, że to tylko sen…
Ciekawe co o tym myślicie... Bardzo jestem ciekawa Robaczki
Wszystko zaczęło się gdy dowiedziałam się o przyjeździe Roxette na koncert do Warszawy. Postanowiłam, że tej okazji nie przepuszczę. Aż skóra cierpła za każdym razem gdy tylko pomyślałam jak mogłabym sobie wyrzucać i obwiniać się gdybym zdała sobie sprawę, że przeszła mi koło nosa j e d y n a szansa na to by ich spotkać. Jedyne co przyjęłabym z tego natłoku myśli i przypuszczeń to wiadomość, że skończyli działalność. W końcu ta wiadomość zostałaby podana do wiadomości publicznej przez jakieś oficjalne fankluby czy wreszcie – oficjalną stronę Roxette. Byłoby mi smutno, owszem ale z tym łatwiej byłoby mi się pogodzić. W końcu jest jedna i przerażająco wielka rzecz, która to usprawiedliwia a o której nie chcę wspominać. Wiecie o czym mówię. Ale – wracajmy do sedna sprawy, nie będę was tu tym smęceniem zanudzać. Gdy tylko dowiedziałam się o koncercie, dokładniej gdy poznałam pewne, potwierdzone dane na temat daty, miejsca koncertu, ceny biletów nań – zaczęłam zbierać pieniądze i szukać kogoś, kto chciałby pojechać ze mną. Brałam oczywiście pod uwagę, że pewnie skończy się na tym, że będę sama ale – nie przejmowałam się tym, liczyła się dobra zabawa.(ja tymczasem ostatecznie pojechałam sama mimo sprzeciwów rodziców; nie obchodziły mnie one)Wreszcie – udało się i kupiłam bilet. Gdy odebrałam przesyłkę, dokładniej gdy ją otwierałam będąc sama w pokoju (w pokoju tak lecz nie w domu) – dłonie aż drżały mi ze szczęścia, musiałam stłumić okrzyk radości do rozsądnych „rozmiarów”. Gdyby nie to – wydarłabym się ma całe gardło. Przez całą noc przed koncertem nie spałam. Nie tylko dlatego, że byłam w drodze ale – zwyczajnie, z emocji. Nie obchodziło mnie, że następnego ranka będę wyglądać jak zombie. W końcu miałam gdzie i czym się odświeżyć więc nie obawiałam się, bo nie było czym. Udało mi się (nie wiem jakim cudem) dojechać wcześnie a co najlepsze – dostać się do grupy fanów, którzy zebrali się na lotnisku przed bramką, którą wyjść miał zespół, by tam na nich czekać. Skąd oni to wiedzieli – pojęcia nie mam zielonego. No i – czekanie opłaciło się choć było długie, nie powiem. Długie ale owocne w nowe znajomości. Kilkakrotnie zdarzało się, że kolana ze zmęczenia lekko się pode mną uginały ale to nie były omdlenia, bo albo chwytałam się mocno poręczy albo ktoś mi pomagał. Ja miałam szczęście lecz sprawy nie zdawałam sobie – ani ja ani nikt z nas – że wśród tej grupy znajdą czy raczej znajdują się osobniki nieczułe na problemy innych… I wreszcie – wyszli. W tym momencie ze szczęścia i niedowierzania, że jestem w tej grupie, że mam ich tak blisko – zamurowało mnie. Na krótką co prawda chwilę ale jednak. Żeby się otrząsnąć – pomyślałam: „Oprzytomnij do licha, bo zwieje ci sprzed nosa jedyna szansa by poprosić ich o autografy. Potem może już takiej nie być”. Tą myślą wymierzyłam sobie otrzeźwiającego policzka. Myślą a nie fizycznie oczywiście. To wyglądałoby przecież głupio. Wreszcie – przepchnęłam się do Marie by ją jako pierwszą poprosić o autograf i zdjęcie. Miałam oczywiście na to taktykę i gdyby się jednak nie zgodziła – zrozumiałabym, nie napierała. Nie miałabym śmiałości by tak się zachować. Potem planowałam poprosić o to samo Pera i tu też brałam pod uwagę rozczarowanie lecz z innego zupełnie powodu. Konkretnie tego, że Per najzwyczajniej odejdzie, nie reagując lub – ja nie zdążę go dopędzić. Ale – nie zdawałam sobie sprawy nawet jak wszystko się potoczy, czym zaowocuje…
- Czy mogę… prosić o autograf a potem… wspólne zdjęcie…? – poprosiłam z niewyobrażalną tremą. Ledwie udało mi się ją opanować.
- Oczywiście – zgodziła się Marie – Jak masz na imię? – spytała. Nawet nie marzyłam o podpisie z dedykacją ale skoro nadarza się szansa…
- Kasia – przedstawiłam się. Sucho miałam wtedy w ustach jak diabli a serce tłukło mi się jak zwariowane. Całą rozmowę prowadziłyśmy po angielsku. Skupiałam się by mówić spokojnie ale wyraźnie i płynnie. Spokojnie ale też nie za wolno, bo wtedy Marie poczułaby się urażona, pomyślała, że traktuję ją jak kogoś dziwnego. Nic z tych rzeczy, o nie. Chciałam by czuła, że traktuję ją jak równą sobie. Wszyscy czy raczej prawie wszyscy (nie liczę osobników, którzy już od dawna przeszkadzali innym, traktowali wszystko ignorancko) byli w szoku, widząc spokój z jakim rozmawiam z Marie, to że mimo krótkiej rozmowy i spotkania z fanami jakich odbyła mnóstwo – między nami buduje się jednak coś innego, wyjątkowego. Co do rozmowy – jak wspomniałam – prowadzona była po angielsku i jedyne czego w tamtym momencie żałowałam – i to jak cholera - to, że nie znam prawie ani słowa po szwedzku. Znam tylko kilka prostych słówek, z których można by ułożyć tylko proste kombinacje a co do porozumiewania się – leżało to u mnie, teoretycznie i praktycznie – nie istniało. Tym bardziej mi było tego szkoda, że nie dość, że zdawałam sobie świetnie sprawę z tego, że Marie łatwiej jest porozumiewać się po szwedzku to jeszcze – zrobiłabym tym przyjemność im obojgu lub choćby tylko jej. I to wielką. Zamierzałam to nadrobić gdybym spotkała Pera. Użyłam takich słów, bo nawet nie wiedziałam, że uda mi się go spotkać i to nie tylko na scenie… Gdy dostałam autograf (wybrałam do tego płytę „Joyride” a to przez sentyment do niej; rocznik z którego pochodzi, hitowe single… sporo się tego zebrało) delikatnie przypomniałam się o zdjęciu, spytałam czy nadal chce je sobie ze mną zrobić (brałam pod uwagę, że może zmienić zdanie, rozmyślić się) ona oczywiście się zgodziła, ustawiłyśmy się do niego a gdy to robiłyśmy, znów mając cholerną tremę – spytałam:
- Czy w trakcie robienia zdjęcia mogę… mogę cię podtrzymać…? Oczywiście dyskretnie… I czy zgodziłabyś się na dwa zdjęcia…? Tylko dla zwyczajnej pewności. Później już odejdę, będziesz mogła zająć się innymi fanami. Zresztą – i tak za bardzo już nadwerężyłam twój czas… - gdy pytałam – przy formie osobowej, przy jej dobrym doborze zadrżał mi głos, za co chwilę potem zbeształam się w myślach. Nie to było jednak najgorsze. Najgorzej czułam się namawiając Marie na dwa zdjęcia. „Mogłam od razu zaznaczyć – delikatnie oczywiście – że co do zdjęć proszę o zwyczajowe dwa <<strzały>> migawki” – myślałam. Tymczasem…
- Nie ma problemu. Zwykle i tak fani robią sobie z nami dwa zdjęcia, o zgodę nie pytając. Ale miło, że ty to zrobiłaś. A co do podtrzymania… - serce zamarło mi na ułamek sekundy; „Nie zgodzi się, wszystko przepadło” – myślałam – Tak, ale proszę, zrób to dyskretnie… - gdy się zgadzała, z serca spadł mi olbrzymi kamień i miałam wrażenie jakby z głuchym hukiem rozbijał się o ziemię. W jej końcowych słowach dało się słyszeć nawet leciutki nacisk, jakby zależało jej na tym i to z oczywistych (dla fanów) powodów. Przełykając ślinę, myślałam: „Zrobię wszystko co się da byś była bezpieczna”. No i – zdjęcia zostały zrobione. Ja w ich trakcie podtrzymywałam Marie, jak prosiła. Ręka, którą wsunęłam pod jej ramię nie była widoczna na pierwszy rzut oka. Dopiero ktoś kto przyjrzałby się bliżej – dostrzegłby koniuszki moich palców. Mimo tego wszystkiego – moja idolka dostała ode mnie bezpieczeństwo i pewność, o które prosiła.
- Dziękuję. Za wszystko – gdy dziękowałam – głos drżał mi a w oczach miałam łzy. By się rozpłakać – brakowało mi niewiele i nie powstrzymałam niestety łez. Marie natomiast na moje podziękowanie odpowiedziała spojrzeniem i uśmiechem. Mówiły one: „Nie ma za co. A łzy zachowaj na koncert, przydadzą ci się raczej tam”. „Niech to szlag – pomyślałam, odbierając od koleżanki aparat – nie chciałam, żeby zobaczyła moje łzy…”. Byłam o to na siebie – nie wiedząc czemu – cholernie wręcz wściekła. Tymczasem nadal śledziliśmy zespół, jak długo tylko mogliśmy. Aż nagle… dostrzegłam, że Marie prawie upada a co najdziwniejsze – nie zdążył też zareagować ochroniarz, czy raczej tour – manager, który zwykle z nią jest, zwykle prowadzi ją w tym tłumie. To jedno zdziwiło mnie na, ułamek sekundy dosłownie zastanowiło. Nikt z grupy nie reagował więc niewiele myśląc – przedzieram się przez bramkę i ignorując krzyk strażnika i wycie alarmu dobiegam do niej dosłownie w ostatniej chwili, wręcz wślizguję się na kolanach (w szybko przelatujących myślach dziękowałam Temu na górze, że mam na sobie śliskie leginsy; w końcu chciałam wyglądać jak Marie, wreszcie nadarzyła się prawdziwa taka okazja a nie tylko prowokowane jak dyskoteki czy po prostu moja ochota na to, którą chciałam zaspokoić) i łapiąc ją odpowiednim chwytem (pojęcia nie miałam, że robię to właściwie, że ręce układają się tak jak powinny; robiłam to na pierwszy rzut oka jak robot choć naprawdę – kierowana podpowiedziami przeraźliwie łomocącego serca) tym samym chroniąc ją przed upadkiem, który – o zgrozo! – gdybym nie zdążyła – byłby upadkiem na plecy, który mógłby się dla niej skończyć tak, że lepiej o tym ani nie myśleć ani tym bardziej tu pisać.
- Nie! – krzyknęłam w momencie gdy byłam blisko niej, gdy lądowała na moich rękach. Sprawy sobie nie zdawałam, że równocześnie ze mną te same słowa czy raczej słowo wykrzyknął też Per. On jednak zatrzymał się dosłownie o kilka może kilkanaście metrów od nas. Biegł do niej, owszem (w końcu na hali lotniska krzyk niesie się jednak trochę bardziej niż na wypełnionej fanami hali a i dzieląca ich odległość była większa; gdy podobny wypadek zdarza się na scenie – Per owszem, ma wszystko na oku ale wie, że Marie zajmą się techniczni lub Dea i stara się nie przestawać grać czego z czasem mimo, że wypadków takich nie jest jednak wiele na szczęście – nauczył się; tu jednak wszystko wyglądało inaczej) lecz nagle zamurowało go. W momencie gdy krzyczałam – miałam wrażenie jakby krzyk dochodził z oddali i był odbity, jakby echem. Nie zdawałam sobie sprawy, że to Per, w końcu sądziłam, że to moje echo. Tymczasem gdy Marie wylądowała na moich rękach, gdy poczułam na nich jej ciężar, który wydał mi się lekki jak piórko (zresztą i tak wszystko widziałam jak w zwolnionym tempie) palce na wpół świadomie, na wpół nie zacisnęły mi się w jej talii i okolicach żeber a nawet prawie ramienia (lewą rękę podciągnęłam jak najwyżej się dało, tak by miała oparcie dla kręgosłupa, przynajmniej takiej części jaką tylko zdołam nim objąć) a prawą ułożyłam tak by miała podparcie dla lędźwi. Wtedy też – nadal machinalnie – przytuliłam ją do siebie najmocniej jak tylko dałam radę. Wtedy naprawdę czułam, że jest bezpieczna, naprawdę mogłam odetchnąć. Chwila minąć musiała nim wreszcie wróciłam do rzeczywistości. Gdy wreszcie tak się stało – spytałam speszona, zwalniając uścisk lecz jeszcze nadal trzymając ją na rękach:
- Wszystko dobrze…? Jak się… czujesz?
- Bez obaw, jest dobrze, dziękuję. Gdyby nie ty – nie wiem jak by się to skończyło – usłyszałam.
- Tylko jak się teraz stąd podniesiemy? – spytałam, obrzucając wszystko wkoło przerażonym dość mocno spojrzeniem. (Per w tym czasie mówił o wszystkim managerce, prosząc by przekazała to reszcie i nie zdołał nas dostrzec mimo, że wytężał wzrok naprawdę mocno; jak na złość akurat wtedy wlewała się tą bramką bodaj jakaś wycieczka i wszyscy tylko nas omijali, spiesząc się)
- Spokojnie, mam pomysł. Na tyłkach musimy dostać się tam – w tym momencie powiodłam za jej wzrokiem, którym wskazała mi ścianę – potem oprę się o nią a ty pomożesz mi wstać – dokończyła. Ja skinęłam na to głową. Gdy się tam dostawałyśmy – czułam na sobie spojrzenia innych, było mi głupio. Byłam pod wrażeniem, że Marie – mimo, że przyglądają się dziwnie i jej – nie reaguje.
- Jestem w szoku – mówiłam szeptem – Nie potrafię tak… Gdy mam atak padaczki – jest tym gorzej, że nie jestem w stanie by w jego trakcie cokolwiek powiedzieć. A kilka razy zdarzało się, że miałam go w miejscach publicznych. Nigdy na ulicy ale miejsca publiczne to i tak wstyd… Co zrobimy teraz? – spytałam gdy dotarłyśmy tam gdzie miałyśmy.
- Teraz oprę się o ścianę, podam ci rękę a ty pomożesz mi wstać – usłyszałam – A co do tego wszystkiego – zarówno twojego zachowania gdy upadałam jak i tego co mi powiedziałaś. Gdy upadałam – zachowałaś się dokładnie tak samo jak Per.
- Poważnie?! – nie zdołałam się powstrzymać.
- Tak. Gdy upadając machinalnie zamknęłam oczy – wydawało mi się, że łapie mnie właśnie on. Do ostatniej chwili tak było. Układ rąk a z tego też wynika, że i ruchy. Tego się domyślałam jedynie. Wszystko zmieniło się gdy poczułam sylwetkę, zapach perfum. Wtedy zdałam sobie sprawę, że jest inaczej. Dziękuję ci jeszcze raz.
Gdy już stałyśmy, oparte o ścianę i dochodziłyśmy w pełni do siebie, oddychając głęboko – podszedł do nas Per i jego głos – mimo, że miękki i nadal drżący strachem – dość gwałtownie ściągnął nas a przynajmniej mnie na ziemię. Widząc go przed sobą najpierw zdębiałam po chwili spuszczając zawstydzony wzrok w dół. Usłyszałam wtedy:
- Jedyne co mogę powiedzieć to… dziękuję. Gdyby nie twoja reakcja… - urywając, pokręcił tylko głową – Muszę jakoś ci się odwdzięczyć. Tylko jak…? – zastanowił się. Mówiąc – przytulił nas obie do siebie i kolana aż się pode mną – kolejny raz – ugięły. Szczególnie gdy poczułam jego perfumy, tą słynną Pradę… Mimo, że serce znów zaczęło mi łomotać – starałam się odpowiedzieć na jego objęcie. Nie nachalnie lecz jednak odpowiedzieć.
- Wystarczyłby autograf i… zdjęcie – wyszeptałam z przejęciem.
- To za mało – usłyszałam.
- Mnie jednak wystarczy tylko to… - zostawałam przy swoim mimo, że mój szept był nadal nieśmiały. Marie tymczasem nie mówiła nic. Za to patrzyła na Pera spojrzeniem, które pytało: „Skoro wystarczy jej tylko to, to może…?”
- Uratowała ci życie, zasługuje na więcej i to o wiele – Per odpowiedział spokojnie ale i na tyle stanowczo, że Marie poddała się.
- Wiem nawet jak to zrobić – Per wreszcie wpadł na pomysł jak mi to wynagrodzić – Dostaniesz podpis i zdjęcie ale prócz tego na koncercie masz miejsce w pierwszym rzędzie a potem, po koncercie będziesz mogła spędzić z nami na backstage’u godzinę. Zebrać autografy pozostałych, porozmawiać…
- To za wiele… - szepnęłam, rumieniąc się; policzki aż mi płonęły.
- Ja jednak sądzę inaczej – usłyszałam, po czym podobnie jak Marie wcześniej – uznałam, że lepiej się poddać. Gdy się pożegnaliśmy i wróciłam do pozostałych – już byłam rozemocjonowana a to przecież jeszcze nie wszystko… I wreszcie – weszłam z innymi na halę, zaczął się koncert. Jak ostrzegała Marie – na koncercie wylałam furę łez. (Ostrzeżenie potrzebne nie byo, zresztą - niektórzy z was widzieli moje reakcje...) Niekiedy nie pozwalały mi one zabawę, robienie zdjęć. Gdy wszystko się skończyło – zapominając o obietnicy złożonej przez Pera, nadal biorąc ją za nierealną, niemożliwą do spełnienia – skierowałam się podobnie jak i inni do wyjścia. W porę jednak dostrzegł mnie jeden z technicznych (widocznie w porę został ostrzeżony, że wychodzę czy nawet wcześniej po prostu powiedziano mu o wszystkim. Przepychając się do mnie i łapiąc za ramię, co mnie wystraszyło, powiedział:
- Chodź ze mną.
- Ale… Chcę wyjść… - byłam wystraszona.
- Spokojnie, jestem technicznym, mam na imię Micke, mam zaprowadzić cię na backstage, wiem o wszystkim co stało się przed koncertem i nie dziwię się, że chcą ci się odwdzięczyć.
- No dobrze, poddaję się… - szepnęłam, oddychając z ulgą. W końcu jednak mogłam choć trochę komuś zaufać, sprawić, by czujność trochę odpoczęła. Mimowolnie nadal jednak byłam czujna.
- No i jesteśmy – uśmiechnął się a mnie zakręciło się w głowie ze zmęczenia i emocji i tym razem to ja musiałam być złapana. Na szczęście Micke nie zdołał jeszcze odsunąć się zbyt daleko więc – on to zrobił.
- Usiądź tutaj – powiedział, podsuwając krzesło pod okno, prowadząc mnie tam i pomagając usiąść – Za chwilę powinnaś poczuć się lepiej. Zaraz też pójdę po Marie i Pera – powiedział.
- Zaczekajmy, dajmy im odsapnąć, szczególnie Marie… nie chcę żeby tak mnie zobaczyli… - powiedziałam, zatrzymując go.
- Dobrze ale pamiętaj, że mace jednak niewiele czasu. Co prawda to godzina ale…
- No tak… - w tym momencie zdałam sobie sprawę z sensu jego słów. Tymczasem chwilę potem przyszli do nas Marie i Per.
- Już miałem po was iść… - mruknął techniczny.
- Spokojnie, my też wiemy o tym. Przecież sam obiecując jej to – wspomniałem właśnie o godzinie – odezwał się wokalista, nie wiedząc nawet, że stanie się coś takiego co sprawi, że spędzę z nimi sporo więcej czasu niż na to przeznaczymy…
- Dobrze… - mruknął na to Micke, cichaczem się wycofując. Tymczasem ja gdy doszłam do siebie w pełni – zebrałam autografy innych, zrobiłam sobie ze wszystkimi zdjęcia, zamieniłam po kilka zdań i – wróciłam do Marie i Pera. Głównie rozmawialiśmy o tym co działo się na koncercie, dzieliłam się z nimi swoimi emocjami, podsuwałam pomysły jak jeszcze można koncerty uatrakcyjnić. Mówiłam czego mi w nich brakuje, zarówno jeśli idzie o efekty jak i piosenki. Rozumiałam dlaczego nie ma „Church of your heart” i tylko to powiedziałam, nie pytając dlaczego a tylko wspierająco patrząc na Pera.
- Wiedziałem, że to zrozumiesz, dziękuję – szepnął, biorąc mnie za rękę.
- Byłabym chyba głupia, nie rozumiejąc, nie szanując tego. Co prawda nie przytrafiło mi się to jeszcze ale… - mówiliśmy hasłowo, nie padło słowo, którego tak baliśmy się wszyscy troje. Rozmawialiśmy tak sobie gdy nagle…
- Och nie, tylko nie teraz… nie… - szeptałam czując, że zbliża się atak padaczki. (O ile wcześniej rozmawialiśmy oczywiście po angielsku tak te słowa wyszeptałam do siebie po polsku).Choć próbowałam uspokoić „aurę” oddechem co czasem mi się udawało, teraz – niestety – miałam pecha choć próbowałam niemal do ostatniej chwili. Gdy „aura” powoli zaczęła przechodzić w kolejny etap ataku – zaczęłam zsuwać się z krzesła i układać na boku.
- Co się dzieje? – spytał Per, choć chwilę potem zbeształ się za to pytanie w myślach. Od razu niemal domyślił się przecież, że to atak padaczki.
- To… - zdążyłam wykrztusić z siebie tylko to jedno słówko czy raczej kombinację, bo zmusiłam mózg, głos i usta by odezwać się po angielsku choć pewnie z ruchu moich warg Per odczytałby je nawet gdybym jednak odezwała się po polsku; w końcu i on zna jakieś słowa w naszym języku, podobnie jak ja po szwedzku. Zdążyłam zdobyć się tylko na to, bo atak rozkręcił się na dobre.
- Zróbcie najwięcej miejsca jak się da, niech ktoś podłoży jej pod głowę cokolwiek miękkiego, choćby bluzę zwiniętą w kłębek! – wołał Per, przyklękając przy mnie i chwytając za wyciągniętą przeze mnie w odruchu dłoń. Ten ruch i potrzebę bliskości kogoś mam w sobie od początku choroby. Szczególnie potrzebę, bo ruch nie jest przeze mnie już w pełni kontrolowany.
- Spokojnie, jestem przy tobie, spokojnie… - powtarzał, czujnie mi się przyglądając i wolną ręką gładząc mnie po włosach, przy okazji odgarniając te, które – mimo tego, że długie nie wiadomo jak nie były – spadały mi na twarz, w okolice ust. „Kiedy to się wreszcie skończy…” – myślałam. Per, owszem był wystraszony ale mimo to – zachował się naprawdę profesjonalnie, chyba nawet lepiej niż wiele innych pomagających mi w takich jak ten momentach osób. Gdy wreszcie wszystko się skończyło i niewyobrażalnie zmęczona rozluźniłam mięśnie i nieświadomie choć o kilka centymetrów uniesione nad podłogę kończyny (nie wszystkie oczywiście) opadły na nią – mogłam wreszcie wypuścić powietrze, które – oczywiście mimowolnie – nabierałam sporo szybciej.
- Podajcie mi koc z torby, musimy czymś ją okryć – poprosił Per, nie zostawiając mnie a tylko powoli zwalniając uścisk ręki. Gdy to poczułam – przerażona otworzyłam oczy, szukając wzrokiem Pera a przy tym spoglądając przepraszająco i ze strachem na Marie. Tymczasem osoba, która spełniła prośbę – o ile pamiętam – Dea – zadziałała zapobiegawczo, przynosząc nie tylko koc a całą torbę.
- Nie odejdę stąd, spokojnie… - usłyszałam, czując na sobie miękkość koca. Gdy poprawiłam go lekko i wciągnęłam w nozdrza zapach – uśmiechnęłam się, bo mój zmęczony mózg zaczynał orientować się, że ten zapach to w przewadze zapach kobiecych perfum. Tych, których używa Marie. Choć też – znajdował się tam zapach Prady. W tej chwili nie chciałam już go męczyć. Gdy Per wrócił do mnie – pokazałam gest znaczący, że potrzebuję czegoś do pisania. Po otrzymaniu notatnika napisałam wyjątkowo powoli: „Chcę teraz odpocząć. Odpocząć ale nie zasypiać”. Słowo „zasypiać” zostało przeze mnie podkreślone i to dwa razy. Linia co prawda była drżąca lecz na cale szczęście nie wchodziła na tekst. Tym chciałam zaakcentować prośbę. Pisałam oczywiście po polsku, nie zdołałam pisać w języku angielskim. „Skąd ja to znam…” – pomyślał Per, przyglądając się temu jak piszę. Gdy skończyłam – podałam mu notatnik.
- Czy ktoś mógłby to przetłumaczyć? – spytał Per, obrzucając notatkę spojrzeniem. Zrobiła to jakaś fanka.
- Odpoczynek jest ci potrzebny.
- Ale nie sen – odpowiedziałam znów pisząc.
- Na razie przeniosę cię na kanapę, dopóki czegoś nie wymyślę. Potem – posłuchaj mnie już proszę – powiedział Per. Zanim to zrobił spytał czy rozumiem go (pytanie zadał oczywiście po angielsku) na co skinęłam twierdząco głową. „Rozmawialiśmy” tak chwilę we czwórkę, (ja pisałam, zaznaczając przy tym do kogo się zwracam, ktoś tłumaczył to co napisałam na angielski a potem dostawałam odpowiedź) po czym wreszcie powiedział:
- Zostajemy na noc tutaj, spędzisz ją w tym hotelu co my. Zajmę się tym.
- Ale… - to krótkie słówko zdołałam z siebie wydusić i to po angielsku. Chwilę się tak opierałam aż wreszcie – poddałam się. Gdy przenieśliśmy się do hotelu – miałam pokój pomiędzy pokojami Marie i Pera. Zasnęłam wyjątkowo szybko a noc wydała mi się chwilą tylko. Gdy przyszło do pożegnania – nie zdołałam wyrazić wdzięczności za pomoc. W prezencie dostałam sporych rozmiarów pudełko a w nim płyty, zdjęcia, książki, plecsy Pera a nawet – list, w którym dostałam zaproszenie do nich i zaznaczenie, że mogę przyjeżdżać też częściej lecz za każdym razem muszę dać im o tym znać by mogli wtedy oboje spotkać się ze mną… Sporo tego było naprawdę. Gdy przeczytałam liścik – serce łomotało mi jak zwariowane, płakałam ze szczęścia.
Gdy obudziłam się następnego ranka – straszliwie żałowałam, że to tylko sen…
Ciekawe co o tym myślicie... Bardzo jestem ciekawa Robaczki
Let's ROXXX!