Przyznaję się bez bicia, na dłuższy czas straciłam zainteresowanie muzyką. Nie chodzi tylko o Roxette, nie miałam na to jakoś czasu, a może chodzi o to, że jakoś tak Tomi ciągle słuchał swojej muzy, a ja nie miałam na czym. Nie wiedziałam o koncercie w ogóle, jakoś od marca znowu zaczęłam siedzenie w muzyce, bo mi AP wpadło w oko i właśnie uwaliłam sobie, że jeden z ich kawałków przypomina mi jakiś stary kawałek Pera, do dziś nie ustaliłam który, ale zachciało mi się przez to ściągać albumy Roxette. Potem post Gosi na FB o powrocie forum...no kurde, taki zbieg okoliczności. Przypomnieliście mi, jak muzyka Roxette była kiedyś dla mnie cenna i nie było dnia bez odbębnienia choć kilku piosenek.Odkryłam, że przez te lata niewiele tak naprawdę zmieniło się w moim guście muzycznym, bo mimo przetrząśnięcia oceanów elektroniki i dark wave, kończę na tym samym, od czego zaczęłam, bo moje ostatnie muzyczne objawienie nie gra nic gorszego ani lepszego niż Roxette, od którego zaczęłam. Więc czemu nie wrócić do korzeni?
Dziękuję wam, że cisnęliście żebym jednak jechała na ten koncert. Bo mam skłonności do odkładania marzeń na półkę.Jak miałam naście lat, akurat była przerwa u Roxette, przebąkiwanie ''Ach, zobaczyć Roxette, tak jak się mówi: zobaczyć Paryż i umrzeć''. Rozumiecie, prawie cel życia, chyba było to jedno z moich najbardziej sprecyzowanych marzeń. Jeśli nie jedyne sprecyzowane. Byłam na koncercie Pera, mam z nim fotkę jak wszyscy, ale Per to nie Roxette w całości. A potem jak naprawdę zagrali w Polsce, to nie było czasu i pieniędzy, żeby myśleć o idolach.
Teraz też nie było czasu i pieniędzy, ale była determinacja. Pojechałam w niedzielę na wariata, planując to w ostatniej chwili, z bardzo enigmatycznym noclegiem na pace auta kolegi, który nie doszedł do skutku, bo kolega poszedł spać w czasie, gdy ja stałam z wami pod hotelem.
Nie będę pisać o naszej wesołej imprezie w Moon, bo miało być o Torwarze, ale impreza, Roxettówka i godzina trzecia w nocy, spodowały, że zgodziłam się w sumie z Domi, że nie opłaca się spać, tylko wio pod Torwar.Dotarliśmy tam chyba jakoś po piątej i oprócz nas był tylko Piotrek i hm...Nie pamiętam imienia tej dziewczyny. W sumie to poszłam tam, bo nie miałam i tak nic innego do roboty, ale...jakaś taka dumna później się czułam, że byłam w stanie wytrzymać dla Roxette sterczenie tam 12h (nie licząc ze dwóch drzemek, które sobie ucięłam na ziemi
) W międzyczasie fajnie się siedziało, produkując serducha...no zabrzmi to komunistycznie, ale to coś w rodzaju radości z pracy zespołowej, że robisz z innymi coś co ma efekt.
Stękać, nie stękać? Wnerwiło mnie pchanie się przy wejściu, zachowania jak bydło co niektórych. Ale nie jestem przyzwyczajona do tak dużych koncertów, raz byłam w Stodole na koncercie Percia i tyle, ogólnie jeżdżę tylko do Niemiec itp z mężem na imprezy hardcore elektro,techno, najczęściej jak gra, więc jestem bardziej na backstage niż wśród publiczności. Nienawidzę tłumów a już najmniej umiem wprost walczyć o swoje. Wślizgnąć się gdzieś tam, ustawić właściwie...tak, ale pchające się łokcie, to już nie ja. W dodatku zgłupiałam, bo ochroniarze wpuszczali na raty, wołali za dziewczyną, która chciała za mną wbiec, żeby się cofnęła, ja zrozumiałam że to do mnie i wracam...zrobiłam z siebie kretynkę w tej panice.
Od początku planowałam iść pod scenę po prawej stronie. Ja, taka kiedyś oddana fanka Marie? Gusta się zmieniają...hołd hołdem, ale jakoś tak miałam ochotę popatrzeć na wygiby Pera. I wszyscy lecieli na lewą stronę i tak.
Udało się stać w pierwszym rzędzie, po stronie Pera, tak jak to sobie wymarzyłam.
Dobra, skip na koncert Eskobara. I na ciągnące się w nieskończonośc oczekiwanie. Nic ciekawego.Poza tym przez przepychankę jakiś durni z tyłu, wypadły mi moje serca (własnoręczne największa wartość!!!) i zanurkowałam ludziom między nogami w ich poszukiwaniu. Roxszaleństwo. I wreszcie...ROXETTE.
Trudno mi pisać recenzję koncertu obejrzanego live. Nie wiedziałam, czy wsłuchiwać się w muzykę czy krzyczeć,skakać, śpiewać, klaskać i dopingować Marie i Pera. A miałam ochotę cały czas klaskać, piszczeć, machać rączkami. Chciałam być częścią tego tłumu głosów i rąk, żeby zapamiętali gorące powitanie owacjami w Warszawie, widziałam w ich oczach lekkie zdziwko, ale przede wszystkim radość, że dopiero właściwie zagrali jeden kawałek, a tłum szaleje, jakby Jagger grał za darmo na starówce. Dałam się nawet tak ponieść radości, że jak Per zaczął śpiewać tę najnowszą aranżącję C!B!B!, wydałam z siebie pisk, a tu żadnych pisków więcej. Ale naprawdę mi się podoba akurat ta wersja i to, że podzielili się zwrotkami. I kurde...nie pisałam jakoś o tym na forum, ale łzy mi się w oczach zebrały na tym kawałku. To jest w ogóle według mnie najlepsza i najpiękniejsza ballada Roxette (LTYH to inna bajka...to jest kultowe, ale C!B!B! jest ambitnym kawałkiem, ciekawym artystycznie) , ale ta muzyka, na żywo. Prawie się rozpłakałam, ale akurat Marie się patrzyła w tę stronę publiczności, to mnie jakoś powstrzymało.
Muszę cholernie pochwalić Pera za rozwój w pewnym sensie i dostosowanie do sytuacji. Nie raz mnie rozbrajał jego brak ruchliwości, np. przy trasie Joyride ''Knockin' on every door''- Marie biega po całej scenie w te i wewte, zespół też, a Gessle stoi jak kołek, przyklejony do gitary i mikrofonu i wykonuje te swoje gesty rączkami w górę i w dół, a wiemy jak on gra na gitarze - nie był aż tak zajęty graniem na niej, żeby nie móc się ruszyć. No, ale nie każdy musi lubić hasanie po scenie.
Chyba jednak polubił hasanie, bo na warszawskim koncercie dał z siebie wszystko. Podskakiwanie, wygibasy, strojenie śmiesznych min. Wiem, wiem, pewnie tak jest za każdym razem, ale jak się to widzi z odległości paru metrów a nie na YouTube, jest wrażenie. Takie to chude, skąd bierze takie pokłady energii? No i jak zauważył mój mąż, przez lata ani trochę mu się głos nie zmienił. Gessle to Gessle, on musi śpiewać po Perowemu.
Marie...zawsze ją będę uważać za najlepszy głos kobiecy na świecie. Tylko i aż dlatego, że mi się po prostu podoba jej śpiew. Nasza akcja serduszkowa to był wspaniały hołd dla niej. Widać było, że się cieszyła niesamowicie takim wsparciem i zrozumieniem polskich fanów. Won krytyka, nie znająca sytuacji i nie dostrzegająca, że Marie daje z siebie wszystko, bo scena jest dla niej ogromną częścią jej życia i chce być po prostu tu dla nas. Powinniśmy być wdzięczni i jesteśmy. Owszem, nie jest tak samo jak na koncertach, które znam z ekranu, ale kurde, ile można chcieć? Równie dobrze mogło nie być reaktywacji ani tego koncertu, nie chciejmy za dużo, a ci co chcą, niech sobie zbudują machinę czasu i jadą do Zurychu 91', bo innej opcji nie ma.
Megapozytywny szok przeżyłam przy końcówce LTYH. Szczerze? Podczas wcześniejszych tras rzadko dawała tak czadu na końcu! To udowadnia, że jej głos nie jest w tak kiepskiej formie, jak się mówi. W pewnym sensie mogła też zachowywać siły właśnie na tę piosenkę, bo zaśpiewała ją wspaniale (wg mnie np LTYH z trasy CBB nie jest za ciekawe, w tej akustycznej wersji, to odbiera temu kawałkowi potencjał, o ile zabawy w zmianą aranżacji są fajne przy IMHBL i SMT, tak LTYH musi być power ballad.)
Morze serc- byłam zdziwiona, że ten mały pościk na facebooku zakończył się tym, że cał Torwar stał z morzem serc w górze. A zauważyliście że na Big L., ludzie sami z siebie je podnieśli, bo jednak pasowało do tej piosenki?
Ciągle się rozglądałam, jak to wygląda, ale efekt faktycznie było widać dopiero na zdjęciach.
Roxette zrobili mi jeszcze jedną miłą niespodziankę- zaczęli wcześniej koncert, dzięki czemu zdążyłam rzutem na taśmę na ostatni pociąg do domu.
Dziękuję wam moi drodzy, że tak wspaniale to wszystko było zaplanowane, z akcją, oraz za wasze towarzystwo, bo jak już napisałam- co to za radość z muzyki, jeśli z nikim tego nie można dzielić.
Aaaa...zapomniałam. Pamiątkę też mam. Per rzucił horrendalną ilość kostek, ale udało mi się złapać tę akurat którą chciałam od początku ''Touched by hand of Per''. Rzeczywiście widać że touched, bo naprawdę ten napis jest leciutko zatarty. Artefakt na całe życie.
Dziękuję wam, że cisnęliście żebym jednak jechała na ten koncert. Bo mam skłonności do odkładania marzeń na półkę.Jak miałam naście lat, akurat była przerwa u Roxette, przebąkiwanie ''Ach, zobaczyć Roxette, tak jak się mówi: zobaczyć Paryż i umrzeć''. Rozumiecie, prawie cel życia, chyba było to jedno z moich najbardziej sprecyzowanych marzeń. Jeśli nie jedyne sprecyzowane. Byłam na koncercie Pera, mam z nim fotkę jak wszyscy, ale Per to nie Roxette w całości. A potem jak naprawdę zagrali w Polsce, to nie było czasu i pieniędzy, żeby myśleć o idolach.
Teraz też nie było czasu i pieniędzy, ale była determinacja. Pojechałam w niedzielę na wariata, planując to w ostatniej chwili, z bardzo enigmatycznym noclegiem na pace auta kolegi, który nie doszedł do skutku, bo kolega poszedł spać w czasie, gdy ja stałam z wami pod hotelem.
Nie będę pisać o naszej wesołej imprezie w Moon, bo miało być o Torwarze, ale impreza, Roxettówka i godzina trzecia w nocy, spodowały, że zgodziłam się w sumie z Domi, że nie opłaca się spać, tylko wio pod Torwar.Dotarliśmy tam chyba jakoś po piątej i oprócz nas był tylko Piotrek i hm...Nie pamiętam imienia tej dziewczyny. W sumie to poszłam tam, bo nie miałam i tak nic innego do roboty, ale...jakaś taka dumna później się czułam, że byłam w stanie wytrzymać dla Roxette sterczenie tam 12h (nie licząc ze dwóch drzemek, które sobie ucięłam na ziemi
Stękać, nie stękać? Wnerwiło mnie pchanie się przy wejściu, zachowania jak bydło co niektórych. Ale nie jestem przyzwyczajona do tak dużych koncertów, raz byłam w Stodole na koncercie Percia i tyle, ogólnie jeżdżę tylko do Niemiec itp z mężem na imprezy hardcore elektro,techno, najczęściej jak gra, więc jestem bardziej na backstage niż wśród publiczności. Nienawidzę tłumów a już najmniej umiem wprost walczyć o swoje. Wślizgnąć się gdzieś tam, ustawić właściwie...tak, ale pchające się łokcie, to już nie ja. W dodatku zgłupiałam, bo ochroniarze wpuszczali na raty, wołali za dziewczyną, która chciała za mną wbiec, żeby się cofnęła, ja zrozumiałam że to do mnie i wracam...zrobiłam z siebie kretynkę w tej panice.
Od początku planowałam iść pod scenę po prawej stronie. Ja, taka kiedyś oddana fanka Marie? Gusta się zmieniają...hołd hołdem, ale jakoś tak miałam ochotę popatrzeć na wygiby Pera. I wszyscy lecieli na lewą stronę i tak.
Udało się stać w pierwszym rzędzie, po stronie Pera, tak jak to sobie wymarzyłam.
Trudno mi pisać recenzję koncertu obejrzanego live. Nie wiedziałam, czy wsłuchiwać się w muzykę czy krzyczeć,skakać, śpiewać, klaskać i dopingować Marie i Pera. A miałam ochotę cały czas klaskać, piszczeć, machać rączkami. Chciałam być częścią tego tłumu głosów i rąk, żeby zapamiętali gorące powitanie owacjami w Warszawie, widziałam w ich oczach lekkie zdziwko, ale przede wszystkim radość, że dopiero właściwie zagrali jeden kawałek, a tłum szaleje, jakby Jagger grał za darmo na starówce. Dałam się nawet tak ponieść radości, że jak Per zaczął śpiewać tę najnowszą aranżącję C!B!B!, wydałam z siebie pisk, a tu żadnych pisków więcej. Ale naprawdę mi się podoba akurat ta wersja i to, że podzielili się zwrotkami. I kurde...nie pisałam jakoś o tym na forum, ale łzy mi się w oczach zebrały na tym kawałku. To jest w ogóle według mnie najlepsza i najpiękniejsza ballada Roxette (LTYH to inna bajka...to jest kultowe, ale C!B!B! jest ambitnym kawałkiem, ciekawym artystycznie) , ale ta muzyka, na żywo. Prawie się rozpłakałam, ale akurat Marie się patrzyła w tę stronę publiczności, to mnie jakoś powstrzymało.
Muszę cholernie pochwalić Pera za rozwój w pewnym sensie i dostosowanie do sytuacji. Nie raz mnie rozbrajał jego brak ruchliwości, np. przy trasie Joyride ''Knockin' on every door''- Marie biega po całej scenie w te i wewte, zespół też, a Gessle stoi jak kołek, przyklejony do gitary i mikrofonu i wykonuje te swoje gesty rączkami w górę i w dół, a wiemy jak on gra na gitarze - nie był aż tak zajęty graniem na niej, żeby nie móc się ruszyć. No, ale nie każdy musi lubić hasanie po scenie.
Chyba jednak polubił hasanie, bo na warszawskim koncercie dał z siebie wszystko. Podskakiwanie, wygibasy, strojenie śmiesznych min. Wiem, wiem, pewnie tak jest za każdym razem, ale jak się to widzi z odległości paru metrów a nie na YouTube, jest wrażenie. Takie to chude, skąd bierze takie pokłady energii? No i jak zauważył mój mąż, przez lata ani trochę mu się głos nie zmienił. Gessle to Gessle, on musi śpiewać po Perowemu.
Marie...zawsze ją będę uważać za najlepszy głos kobiecy na świecie. Tylko i aż dlatego, że mi się po prostu podoba jej śpiew. Nasza akcja serduszkowa to był wspaniały hołd dla niej. Widać było, że się cieszyła niesamowicie takim wsparciem i zrozumieniem polskich fanów. Won krytyka, nie znająca sytuacji i nie dostrzegająca, że Marie daje z siebie wszystko, bo scena jest dla niej ogromną częścią jej życia i chce być po prostu tu dla nas. Powinniśmy być wdzięczni i jesteśmy. Owszem, nie jest tak samo jak na koncertach, które znam z ekranu, ale kurde, ile można chcieć? Równie dobrze mogło nie być reaktywacji ani tego koncertu, nie chciejmy za dużo, a ci co chcą, niech sobie zbudują machinę czasu i jadą do Zurychu 91', bo innej opcji nie ma.
Morze serc- byłam zdziwiona, że ten mały pościk na facebooku zakończył się tym, że cał Torwar stał z morzem serc w górze. A zauważyliście że na Big L., ludzie sami z siebie je podnieśli, bo jednak pasowało do tej piosenki?
Roxette zrobili mi jeszcze jedną miłą niespodziankę- zaczęli wcześniej koncert, dzięki czemu zdążyłam rzutem na taśmę na ostatni pociąg do domu.
Dziękuję wam moi drodzy, że tak wspaniale to wszystko było zaplanowane, z akcją, oraz za wasze towarzystwo, bo jak już napisałam- co to za radość z muzyki, jeśli z nikim tego nie można dzielić.
Aaaa...zapomniałam. Pamiątkę też mam. Per rzucił horrendalną ilość kostek, ale udało mi się złapać tę akurat którą chciałam od początku ''Touched by hand of Per''. Rzeczywiście widać że touched, bo naprawdę ten napis jest leciutko zatarty. Artefakt na całe życie.
"care what you are dreaming; the future is teeming
With stories that wait to start"
With stories that wait to start"